Felieton. Jedzenie za granicą? Irlandczycy znaleźli niezawodny sposób
Nasz reporter Artur Stochla zaprasza na cykl wakacyjnych felietonów - opisujących przygody, doświadczenia i wakacyjne absurdy takie jak jedzenie za granicą.

Szacowany czas czytania: 01:03
Jedzenie za granicą
Człowiek uczy się całe życie. Kiedyś myślałem, że irlandzkie puby otwierane są na całym świecie po to, by lokalna społeczność mogła poczuć się jak na Zielonej Wyspie, bez opuszczania swojego miasta. Nic bardziej mylnego. Puby irlandzkie są dla Irlandczyków. Wyspiarze są tak mocno związani ze swoim krajem, że jadąc na wakacje, chcą jeść to, co znają, i czuć się jak u siebie w domu. Jak się nad tym zastanowić, to trochę dziwne, nie wyobrażam sobie jechać do moich ukochanych Włoch i cały wyjazd wcinać pierogi albo schabowego. Jednak z drugiej strony, Irlandczycy nie muszą obawiać się przypadłości znanej jako „zemsta faraona”.
Chociaż myślę, że u nas też by się to przyjęło. Kto z nas, chociaż raz wracając z długich wakacji, nie ucieszył się na widok mizerii albo rosołu? Zamawianie jedzenia w języku obcym też nie należy do najprostszych. Pamiętam, jak kiedyś, stojąc w kolejce po śniadanie w hostelu, jeden Polak przede mną zwrócił się do kelnera, mówiąc: „poproszę orange juice, najlepiej jabłkowy…”
Pozdrawiam serdecznie i z fartem!