Przejdź do menu głównego Przejdź do treści

REKLAMA

Mariusz Składanowski podsumowuje Festiwal NADA. „Skupmy się na rozwoju czegoś co już jest wyjątkowe”

Byliście na Festiwalu NADA? Koniecznie musicie się zapoznać z podsumowaniem napisanym przez Mariusza Składanowskiego.

Festiwal NADA, zespół Shama

Szacowany czas czytania: 06:58

Tak jak pierwszy dzień festiwalu przyniósł wymarzoną wręcz aurę, tak drugi zapowiadał się na pogodową katastrofę. Padało od samego rana i dla wielu widzów, przynajmniej pierwsze występy drugiego dnia stanęły pod znakiem zapytania. Najbardziej ucierpieli na tym otwierający dzień Runo i shama. Żałujcie, bo w tych okolicznościach zwłaszcza eteryczne słowa i dźwięki Runo – toruńskiej nadziei roku w plebiscycie Toruńskie Gwiazdy, nabrały dodatkowego wymiaru. Czuło się, że pod sceną nie ma przypadkowych widzów, wszyscy są dla nich i biorą udział w czymś szczególnym. Runo, niczym impresjonistyczni mistrzowie, ma tę niezwykłą umiejętność uchwycenia ulotności chwili, jak w ostatniej scenie „Między słowami” Sofii Coppoli. Co ważne, duet wystąpił w rozbudowanym o bas i perkusję składzie, co nie tylko nie zakłóciło intymności i kruchość tej muzyki, a wręcz poszerzyło paletę ich barw. Z wypiekami na twarzy czekam na ich kolejne nagrania i koncerty.

Deszcz niestety zepsuł nieco występ obiecującej warszawskiej shamie, bo te wypływające z ducha lat 60-tych dźwięki, przywołujące często atmosferę gorących lat epoki flower power, już jakby w swoim DNA mają wpisane słońce… Nie zważając jednak na siąpiący deszcz, formacja pokazała, że doskonale czuje się na scenie, ma w zanadrzu sporo stylistycznych ciekawostek i jeszcze nie raz o nich usłyszymy.

Na ich tle, Coals mogą uchodzić wręcz za weteranów sceny niezależnej. Z pewnym niedowierzaniem przyjmuje to, że ten śląski duet, któremu kibicuje już od 10 lat, ciągle nie zyskał rozpoznawalności na jaką zasługuje. Niby krytycy doceniają, zapraszani są na najważniejsze, także zagraniczne festiwale, nagrywają doskonałe płyty, jak choćby ubiegłoroczne „Sanatorium”, ale w Polsce to ciągle raczej zespół dla wtajemniczonych. Taka melancholijna mroczna elektronika wymaga być może zbyt wiele uwagi, skupienia i …wrażliwości. A szkoda, bo Kacha Kowalczyk, gdyby urodziła się w Londynie czy Rejkiawiku, byłaby dobrem narodowym, a płyty zespołu wydawałoby choćby 4AD. A propos, musimy odnotować historyczny moment festiwalu. Wczorajszy występ londyńskiej formacji Dry Cleaning był pierwszym toruńskim występem zespołu należącego do legendarnej wytwórni 4AD, znanej przed laty z wydawnictw takich zespołów jak Cocteau Twins, Dead Can Dance, Clan of Xymox czy Pixies.

Mogliście już o nich usłyszeć choćby przy okazji ich niedawnych polskich występów u boku samego Nicka Cave’a. Doskonały, wydany zaledwie 4 lata temu debiutancki album „New Long Leg” wspiął się do czołówki najlepiej sprzedających się płyt na Wyspach, przynosząc mroczny post-punk w stylu Wire czy nawet Joy Disvision z, co ciekawe, nawet nie melorecytacjami, a wręcz mówionymi partiami Florence Shaw. Ta przypominająca nieco skrzyżowanie Beth Gibbons (Portishead) z Patti Smith artystka multimedialna i wykładowczyni akademicka nie ukrywa, że scena nie jest jej żywiołem a śpiewanie powołaniem, ale ma sporo do powiedzenia. I tu pojawia się pewien problem, pewna bariera, która wyczuwalna była podczas tego koncertu. Te swego rodzaju impresje i mini eseje, żeby je w pełni docenić, wymagają doskonałej znajomości języka. Choć w warstwie muzycznej dla wielu była to piękna sentymentalna podróż do nowofalowych klimatów jeszcze z początku lat 80-tych (ach ten pulsujący bas!). Nie ulega jednak wątpliwości, że w obliczu oczekiwanej 3 płyty zespół czeka konieczność pewnego przeformatowania tej formuły.

Bez względu na pozycję na światowych listach przebojów, bez trudu można było wyczuć na kogo czekało się najbardziej. Sobota dla wielu ograniczała się do 2 nazwisk: Zalewski i Sochacka. Zanim przejęli scenę główną, zaprezentował się na niej BRK, czyli Bartosz Kochanek. Ten doskonały dj, producent i raper, to istny mistrz drugiego planu, a lista gwiazd, z którymi współpracował może wywołać zawrót głowy. Materiał występu oparł głównie na wydanej kilka miesięcy temu płycie „Barry Black”. Ten pełen rozmachu koktajl funky, soulu i popu doskonale sprawdził się na scenie, sprawiając, że lada chwila sam Mrozu może mieć sporą konkurencję.

Bezkonkurencyjni za to okazali się headlinerzy tego dnia, dla których nawet aura okazała się łaskawa. Już od pierwszych chwil Zalewski, w charakterystycznej koszuli (flaga Palestyny), pokazał, że nie będzie brania jeńców. Kochaj albo rzuć! Przebojowo, z rockowym pazurem, ale i także bardziej stonowanymi akcentami, pokazał charyzmę, wszechstronność i całkowite panowanie nad sceną. Najbardziej czekałem na kawałki z ostatniej doskonałej płyty „Zgłowy”, ale publiczność dostała także choćby wyczekiwany „Początek” Męskiego Grania. Autentycznie i z przekazem, że w tym świecie chaosu uratować nas może tylko MIŁOŚĆ.

Oczywiście, dużo o miłości było także podczas finałowego koncertu Kaski Sochackiej. Była już prawie noc, teren festiwalu pięknie się wypełnił, a nasze serca wypełnił błogi spokój płynący ze sceny. Jest coś kojącego w tej artystce, wystarczy że jest, a już robi się jakby przytulniej i milej. Skandynawowie mają na to określenie: ”hygge” – to rodzaj równowagi dającej komfort i przytulność. Po raz kolejny słuchając tych magicznych opowieści Kaśki przyszła mi na myśl refleksja, że z występującym na tej samej scenie dzień wcześniej Kortezem, łączy ją nie tylko stylistyka, wytwórnia i paczka znajomych, ale i swoista emocjonalna więź i swego rodzaju symbioza niczym yin i yang. To jakby opowieść o kosmosie emocji z różnych perspektyw, które mimo dzielących nas, kobiety i mężczyzn różnic, jest… taki sam. Wszyscy pragniemy tego samego, tylko używamy do tego różnych słów czy masek. To emocjonalnie, a muzycznie? Zastanawiające, że momentami blisko tu do amerykańskiej tradycji muzycznej, ocierając się o heartland rock. Wychodząc z terenu festiwalu brzmiały mi w uszach słowa: „ja tęsknię, ja tęsknię”… Przez długie jesienno-zimowe wieczory tęskniąc z Nadą pewnie nie raz włączymy sobie utwory Kaśki.

Na osobne słowa uznania zasługuje koncert „Sklejam słowa”, na którym zaprezentowali się wybrani uczestnicy niedawnych warsztatów muzycznych pod okiem takich mistrzów jak chociażby Fisz czy Natalia Przybysz, którzy zresztą ubarwili występy debiutantów. Jestem przekonany, że o wielu z nich jeszcze nie raz usłyszymy.

Festiwal za nami. To były dwa dni wypełnione doskonałą muzyką. Były obecne wielkie gwiazdy, ale i kandydaci na kolejnych headlinerów, byli też ciekawi zagraniczni gości. Czepialscy mogą pewnie ponarzekać, że przydałyby się jakieś akcenty taneczne czy klubowe. To wszystko pewnie przed nami. Świetne były strefy aktywności, sprawna organizacja (żadnej obsuwy!), realizacja sceny, światła i można by tak długo wymieniać. Oczywiście, w szczytowych momentach przydałoby się więcej punktów gastro, może większa różnorodność, ale bądźmy realistami. W tej formule ten festiwal się dopiero rodzi. Z artystycznie wyszukanego, ale jednak undergroundowego przedsięwzięcia zapaleńców z klubu NRD z Krzysztofem Wachowiakiem na czele, w ciągu ostatnich 2 lat wystrzelił w kosmos, stając się imprezą masową i najciekawszym festiwalem w naszym regionie. A to nie jest jego ostatnie słowo! Taki galaktyczny Opener startował od jednego festiwalowego dnia, my już mamy dwa!

Światowe gwiazdy? Na to potrzeba pieniędzy, cierpliwości, zaufania i wsparcia ze strony wszystkich wspierających to przedsięwzięcie. I tu apel do sponsorów i władz miasta, zamiast odgrzewać jakieś wybrzmiałe festiwale czy wspierać wątpliwe artystycznie przedsięwzięcia, skupmy się na rozwoju czegoś co już jest wyjątkowe, a ma potencjał, wizję i odpowiednich ludzi do zrobienia z tego czegoś jeszcze większego. Teren przy Centrum Targowym Park doskonale się do tego nadaje i daje możliwości rozbudowy Nady na kolejne lata także z wykorzystaniem samego budynku. Nie, nie trzeba nam kolejnego Openera, bo nas na to nie stać, ale szkoda by też utracić ten swoisty kameralny charakter toruńskiego festiwalu. Tu spotkasz znajomych, posłuchasz świetnej muzyki, a po max. 30 minutach możesz być już w domu. Czy to nie bezcenne?

REKLAMA